Twórczość członków oddziału

O REWOLUCJI, EWOLUCJI I LOTACH W KOSMOS, CZYLI KONSTANTIN CIOŁKOWSKI STO LAT TEMU

 Rok 2017 to czas, na który przypada rocznica stulecia Rewolucji Październikowej. Dziś nie będzie ona obchodzona tak hucznie, jak kiedyś, nawet w samej Rosji. Jednak można sobie wyobrazić, jak świętowano by jubileusz, gdyby istniał Związek Radziecki... Jak ważnym wydarzeniem dla ówczesnego świata była sama rewolucja. Jakie niosła ze sobą przeobrażenia społeczne i jakie stanowiła novum światopoglądowe, ekonomiczne, polityczne i kulturowe w dziejach ludzkości. Po niej, jak po każdej rewolucji, zaczęły się wypaczenia, przyszli bolszewicy, wrócił Lenin, rozpoczęto nacjonalizację, zabito cara wraz z rodziną, zaczęto czystki, prześladowania, podboje innych narodów i masowe zesłania na Syberię, zaczął się terror i egzekucje… Powstało pierwsze na świecie państwo komunistyczne, w którym władzę (teoretycznie) sprawowali robotnicy (komisarze ludowi), było społeczeństwo bezklasowe (teoretycznie), oparte na demokracji ludowej, równości i sprawiedliwości społecznej (teoretycznie), gdzie wszystkim należało się wszystko za darmo według potrzeb itd. Było to zarazem pierwsze państwo ateistyczne, wolne od zabobonów i religii, a ukierunkowane na zdobycze naukowe, rozwój cywilizacyjny i technologiczny.

W tym epokowym duchu rewolucyjnej Rosji przyszło pisać Konstantemu Ciołkowskiemu swoją książkę „Poza Ziemią”, którą ukończył w 1907 r., już po nieudanej rewolucji lutowej w 1905 r. Słynny twórca rakiet kosmicznych i wizjoner kosmosu, naukowiec rosyjski polskiego pochodzenia (jego ojciec był zesłańcem) nie tylko przewidywał loty w kosmos, ale także – co może ciekawsze – snuł wizje rozwoju społeczeństwa w XXI wieku. Dokładnie opisał rok, w którym teraz żyjemy. Ciołkowski w swojej książce, której rozdział zatytułował „Ludzkość w 2017 roku” uważał, że będzie to społeczeństwo egalitarne, bez wojen, praktycznie bez wojsk, żyjące szczęśliwie w pokoju i dobrobycie, korzystające z postępu i dobrodziejstw nauki i techniki. Ziemią rządzi ogólnoświatowy kongres, cos na kształt dzisiejszej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Oddajemy zatem głos autorowi:

Jaka była Ziemia w 2017 roku, w którym rozgrywa się akcja naszego opowiadania?

Cała Ziemia miała jedną władzę: kongres, złożony z przedstawicieli wszystkich państw. Istniał on już ponad siedemdziesiąt lat i rozstrzygał wszystkie problemy dotyczące ludzkości. Prowadzenie wojny było niemożliwe. Armie zostały bardzo ograniczone i były to właściwie armie pracy. Ludność dzięki pomyślnym warunkom potroiła się w ciągu ostatnich stu lat. Handel, technika, sztuka, rolnictwo osiągnęły znaczne sukcesy. Olbrzymie metalowe sterowce o tysiącach ton udźwigu rozwiązały problemy komunikacji i taniego transportu towarów.

Szczególnie przydatne okazały się największe okręty powietrzne, spławiające z wiatrem i prawie za darmo mniej cenne ładunki, takie jak drewno, węgiel, metale itp. Aeroplany służyły do szybkiego przewożenia małych grup pasażerów lub drogocennych ładunków: najczęściej wykorzystywano jedno- lub dwuosobowe samoloty.

Ludzkość kroczyła pokojową drogą postępu. Jednakże szybki wzrost liczby mieszkańców wprawiał w zadumę wszystkich myślących ludzi i prawodawców.

Problemy technicznych możliwości podboju i wykorzystania pustyń Wszechświata próbowano rozwiązać już dawno – jeszcze w 1903 roku pewien rosyjski myśliciel napisał poważną pracę na ten temat i na podstawie ówczesnego stanu wiedzy matematycznie wykazał pełną możliwość zasiedlenia Systemu Słonecznego. Ale idee te zostały prawie zupełnie zapomniane i dopiero nasza grupa uczonych wskrzesiła je i częściowo zrealizowała[1].

W związku z gwałtownym wzrostem populacji, naszej planecie groziło przeludnienie. Ludzie zmuszeni więc byli szukać możliwości do życia w przestrzeni kosmicznej. W tym celu 1 stycznia 2017 r. międzynarodowa grupa naukowców, gdzieś z okolic Himalajów, wystartowała statkiem kosmicznym na Księżyc, a potem na Marsa. Telegram o tym wydarzeniu dotarł na Ziemię 10 kwietnia 2017 r. Co działo się po tym triumfalnym wydarzeniu, Ciołkowski opisał następująco:

Poruszenie wśród ludzi było takie, jakby obwieszczono rychły koniec świata. Ale poruszenie było radosne. Jakież to perspektywy otwierały się przed ludzkością!

Każdy naród swobodnie władał językiem ogólnoludzkim, oprócz ojczystego. Wprowadzono jednolity alfabet i pewne ogólne prawa, zbliżające ludzi o najrozmaitszych cechach charakteru. Wiadomości o wydarzeniach światowych bez przeszkód docierały do najbardziej zapadłych zakątków Ziemi. Odkrycie dostępności pustyń Wszechświata było szczególnie radosne. Kogóż nie było wśród tych, którzy marzyli o osiedleniu się na wolności! Chorzy mieli nadzieję na poprawę zdrowia, starzy – na przedłużenie życia (…) Otwierano szkoły w celu studiowania nieba i budowy pojazdów odrzutowych. Tym, którzy ukończyli kursy, wydawano dyplomy inżynierów kosmicznych. Budowano nowe fabryki, specjalnie do konstruowania pocisków odrzutowych. Kształcili się nowi technicy, robotnicy i majstrowie. Pracowano chwalebnie – i nie minął nawet rok, kiedy tysiąc pojazdów odrzutowych było gotowych do startu[2].

 Tymczasem na naszym satelicie, na jego niewidzialnej stronie, uczeni odkrywają zwierzęta solarne, najczęściej zielone (teraz wiadomo dlaczego ufoludki są tej barwy), ale też w innej kolorystyce.  Z czasem wyprawiono się w okolice Marsa, ale będąc już w jego orbicie, zawrócono i zrezygnowano chwilowo z jego podboju. Jednak plany kolonizacji kosmosu wcielano w najlepsze, w grę wchodziły zwłaszcza Wenus i Merkury. Myślano o przetransportowaniu na inne planety niemal połowę ludzkości. Zainteresowanie zamieszkaniem w kosmosie wśród mieszkańców Ziemi rosło, ale towarzyszyły temu też głosy sceptyczne, a nawet całkiem przeciwne.

Spierano się, kogo wyznaczyć do roli pierwszych kolonistów. Połowa całej ludzkości (dwa miliardy ludzi) głośno wyraża gotowość, ale wielu myślało sobie w duchu: „Niechaj najpierw poleci ktoś inny, potem dopiero ja… Jeszcze zdążę”.

Niecierpliwie wyczekiwali Słońca słabi, chorzy i starzy, chociaż trudno byłoby im znosić niektóre warunki nowego życia. Usilnie pragnęli spokoju, lekkości poruszeń i tropikalnego upału, ale wątpili nawet w samo istnienie środowiska pozbawionego ciążenia. Ubodzy zapalali się do idei porzucenia odzieży i sprzętów. (…)

Ustalono, że w koloniach pozaziemskich nie będzie się zabijać wyższych zwierząt. Prawdę mówiąc na Ziemi mięso także coraz bardziej wychodziło z użycia. Po pierwsze dlatego, że różnorodność pożywienia roślinnego i jego wartość bardzo się zwiększyła, a po drugie – w konsekwencji rozwoju światowego handlu owoce stały się dostępne dla wszystkich. Opory moralne, troska o ochronę przyrody i ograniczona niechęć do przelewu krwi sprawiły, że właściwie tylko ludzie chorzy mogli korzystać z mięsa.

Starzy i chorzy ofiarowali olbrzymie sumy, aby przyspieszyć przesiedlenie. Lekarze zapewniali ich, że nie ma lepszych warunków do zachowania i przedłużenia życia niż te, które istnieją w przestrzeni kosmicznej: wieczne słońce, stała i utrzymywana na pożądanym poziomie temperatura, zupełny spokój, brak kołder, łóżek, odzieży, ciśnienia i styczności z czymkolwiek[3].

Powieść Ciołkowskiego to z jednej strony typowa literatura science fiction (zresztą jedyna jego powieść fantastycznonaukowa), a z drugiej utopia, czyli wizja szczęśliwego społeczeństwa, które ma być umiejscowione jednak (sic!) poza Ziemią. Autor powieści mawiał bowiem: „Ziemia jest kolebką ludzkości, ale człowiek nie zostaje przecież całe życie w kolebce”.

Jego kreacjonizm i wizjonerstwo mogą zadziwiać. Napisał bowiem dzieło, w którym przewidywał loty w kosmos, lądowanie na Księżycu, budowę rakiet, statków kosmicznych, bolidów i sputników. Wykazał wielką wiedzę z zakresu nie tylko astronomii i astronautyki, ale też inżynierii kosmicznej, fizyki, biologii czy matematyki.

Warto przy okazji utopii zatrzymać się przy jeszcze jednym wizjonerze-Polaku z tego okresu, którego prognozy w pewnym stopniu także sprawdziły się, a inne jeszcze, być może, czekają na spełnienie. Mowa o Jerzy Żuławskim, autorze trylogii księżycowej – „Na srebrnym globie” (1903), „Zwycięzca” (1910) i „Stara Ziemia” (1911). Żuławski, podobnie jak Ciołkowski, przewidział podróż człowieka na Księżyc, bardzo drobiazgowo pod względem technicznym i kartograficznym[4] opisywał lot na Księżyc i życie na nim; narodziny pierwszych dzieci selenonautów oraz ich egzystencję wśród Księżycan na przełomie XXIX i XXX stulecia. Arkadyjska wizja ludzkości w ostatniej części trylogii ukazuje ich pławienie się w luksusie i w technologicznym zbytku. Mieszkają w Stanach Zjednoczonych Europy, których stolicą jest Warszawa[5]. Zatem zalążek dzisiejszej Unii Europejskiej Żuławski antycypował na przeszło 90 lat wcześniej, kiedy nie śniła się ona jeszcze jej twórcy Robertowi Schumanowi. Dziś wieszczącym koniec egzystencji ziemskiej i orędownikiem penetrowania kosmosu w celu poszukiwania bliźniaczych do Ziemi planet jest brytyjski astrofizyk Stephen Hawking, autor bestsellera „Krótka historia czasu”.

Patrząc na proroctwa Ciołkowskiego czy Żuławskiego można się zastanawiać jak precyzyjni byli oni w swoich przewidywaniach, jak trafnie oceniali kierunki rozwoju społecznego, cywilizacyjnego i technologicznego. A jak będzie wyglądał świat za kolejne choćby sto lat? Czy łatwo to sobie dziś wyobrazić, skoro rzeczywistość i wynalazki zmieniają się jak w kalejdoskopie… Można próbować fantazjować, nawet z przymrużeniem oka, to przecież świetna zabawa i to zupełnie gratis. A jak będzie przekonamy się już niebawem. Sto lat dla Ziemi to raptem okamgnienie.

  Robert Rudiak


[1] K. Ciołkowski, Poza Ziemią, Warszawa 1979, s. 102-103.

[2] Ibidem, s. 104-105.

[3] Ibidem, s. 117-119.

[4] Zob.: Rysunek J. Żuławskiego średniej części północnej półkuli Księżyca, [w:] Idem, Na srebrnym globie. Rękopis z Księżyca, Kraków 1979.

[5] Por. J. Żuławski, Stara Ziemia, Kraków 1979, s. 23-24 oraz ss. 137 i 183.